Opolskie. Koronawirus nie zna wieku i atakuje również dzieci. Odpowiedzialność spoczywa na rodzicach

Mateusz Majnusz
Mateusz Majnusz
Zgody na szczepienie swoich dzieci nie wyrażają głównie rodzice, którzy sami nie są zaszczepieni.
Zgody na szczepienie swoich dzieci nie wyrażają głównie rodzice, którzy sami nie są zaszczepieni. Krzysztof Szymczak / Polska Press
Szczepienia dzieci wywołują jeszcze większe emocje niż dorosłych. Lekarze nie mają jednak wątpliwości, że korzyści wynikające z zaszczepienia znacznie przewyższają ewentualne ryzyko i dotyczy to zarówno dzieci oraz ich rodziców.

Już w pierwszym tygodniu nowego roku szkolnego wykryto w Opolu pierwszy przypadek zakażenia koronawirusem. Uczniowie zostali skierowani na kwarantannę, a placówka zawiesiła zajęcia stacjonarne.

Tylko we wrześniu infekcje wykryto także w Zespole Szkół Zawodowych nr 4 w Opolu, Szkole Podstawowej nr 5 przy ul. Hubala oraz VIII Liceum Ogólnokształcącym przy ul. Ozimskiej. Dla setek dzieci oznaczało to powrót do zajęć na odległość oraz strach przed ewentualnym zakażeniem.

Pomimo zapewnień ministra edukacji Przemysława Czarnka, który w połowie wrześnie stwierdził, że „czwarta fala pandemii nie dotarła jeszcze do szkół”, koronawirus nie zniknął i nie wiadomo, jak długo jeszcze z nami będzie.

- Dobrze się stało, że nowy rok szkolny rozpoczął się w tradycyjnej formie i dzieci znów chodzą do szkoły. Trudno byłoby sobie wyobrazić, abyśmy kolejny semestr spędzili przed komputerem. Nie chcieli tego zarówno uczniowie, ich rodzice oraz nauczyciele. Konsekwencje gospodarcze i społeczne nauki zdalnej były tak duże, że powrót dzieci w mury szkoły był koniecznością - mówi dr Wiesława Błudzin, ordynator oddziału zakaźnego Szpitala Wojewódzkiego w Opolu i konsultant wojewódzki w dziedzinie chorób zakaźnych.

Jednocześnie podkreśla, że ważne są nie tylko kwestie edukacyjne, ale także zdrowie psychiczne uczniów, które pogorszyło się przez wielomiesięczną izolację.

- Dla młodszych uczniów nauka zdalna była utrapieniem, rodzice nie mogli pracować, tylko musieli opiekować się swoimi pociechami, a potem tłumaczyć rzeczy, które przez komputer trudno było im przyswoić. Z każdym kolejnym dniem uczniowie tęsknili za rówieśnikami, za kontaktem z drugim człowiekiem, za możliwością rozmowy. Tylko w taki sposób można zapewnić naturalny rozwój młodego człowieka - tłumaczy.

Maseczki, dezynfekcja i mierzenie temperatury

Dr Błudzin przyznaje jednak, że powrót dzieci do szkoły wiązał się z ryzykiem występowania pojedynczych ognisk zakażeń i koniecznością izolowania chorych uczniów lub nauczycieli.

- Chociaż większość nauczycieli przyjęła już szczepionkę przeciwko koronawirusowi, a szczepieni są również sami uczniowie, to zakażeń będzie przybywać. Nie ma lepszych warunków do rozprzestrzeniania się wirusa niż mała sala lekcyjna i dwadzieścioro dzieci - wyjaśnia.

Aby zmniejszyć ryzyko zakażenia dyrektorzy opolskich szkół wprowadzili obowiązek dezynfekowania rąk, mierzenia temperatury oraz noszenia maseczki we wszystkich pomieszczeniach zamkniętych. Zwłaszcza te ostatnie są często zarzewiem konfliktów w szkole. Przede wszystkim ze strony rodziców, którzy kwestionują niebezpieczeństwo spowodowane pandemią koronawirusa.

- Dla takich osób maseczka to „kaganiec”. Nie wierzą, że zasłanianie ust i nosa to jeden ze sposobów minimalizacji ryzyka zakażenia. Są jednak w błędzie. W trakcie moich podróży po Azji na każdym kroku widziałam mieszkańców, którzy maseczki mieli ubrane nie tylko w pomieszczeniach czy metrze, ale także na świeżym powietrzu. Z jednej strony chcąc chronić siebie, a z drugiej - żeby nie zarazić innych. Dotyczy to nie tylko koronawirusa, ale także np. grypy - wskazuje ordynator.

Uczniowie nie czekali na szczepienia w szkole

Dyrektorzy w pierwszych dwóch tygodniach nowego roku szkolnego zachęcali uczniów do zaszczepienia się. Profrekwencyjna akcja nie przyniosła jednak spodziewanego efektu.

Jak wynika z danych zebranych przez kuratorium w Opolu, szkolnymi szczepieniami przeciw COVID-19 zainteresowanych było zaledwie 1440 dzieci, czyli 4 procent wszystkich opolskich uczniów powyżej 12. roku życia. Punkty szczepień powstały tylko w 23 szkołach w regionie.

- Spodziewałam się, że we wrześniu Narodowy Program Szczepień przyśpieszy, a uczniowie masowo będą składać deklaracje o chęci zaszczepienia się. Okazało się jednak, że chętnych jest tak mało, że w wielu szkołach nie było sensu uruchamiać punktu szczepień dla jednej czy dwóch osób - wyjaśnia dr Błudzin.

Jednocześnie wskazuje, że choć chętnych do szczepień było niewielu, to część uczniów została zaszczepiona już wcześniej.

- Wielkie słowa uznania dla rodziców, którzy nie czekali do września, tylko w pierwszym możliwym terminie poszli ze swoimi dziećmi, aby je zaszczepić. Z tego powodu na akcje szczepień dzieci nie można patrzeć jedynie przez pryzmat szczepień w szkole - dodaje.

W Polsce zaszczepionych przeciw COVID-19 jest około 40 proc. nastolatków pomiędzy 16. a 18. rokiem życia oraz około 30 proc. tych pomiędzy 12. a 15. rokiem życia.

Zdaniem dr Błudzin, wynika to z faktu, że zgody na szczepienie swoich dzieci nie wyrażają głównie rodzice, którzy sami nie są zaszczepieni.

- Połowa dorosłych Polaków nie chce się zaszczepić i w ten sposób ryzykuje możliwość ciężkiej hospitalizacji, a nawet śmierć z powodu zakażenia koronawirusem. Na moim oddziale leżą obecnie wyłącznie osoby niezaszczepione, które nie chciały ryzykować ewentualnych niepożądanych odczynów poszczepiennych, a teraz walczą o każdy oddech - podkreśla.

Niebezpieczny zespół pocovidowy u dzieci

Na początkowym etapie pandemii koronawirusa na świecie sądzono, że dzieci są w grupie najmniejszego ryzyka: z jednej strony zachorowalność w grupie najmłodszych była wyjątkowo niska, z drugiej strony dzieci zakażone koronawirusem, przechodziły go bezobjawowo bądź bardzo łagodnie. Wiosną zaobserwowano jednak, że u dzieci pojawiła się fala zachorowań z objawami przypominającymi chorobę Kawasaki. Dziś wiadomo, że to PIMS - zespół pocovidowy u dzieci.

- Zespół pocovidowy u najmłodszych nazywamy wieloukładowym zespołem zapalnym, pojawia się on u dzieci na 4 do 8 tygodni po przechorowaniu zakażenia SARS-CoV-2. Występuje on u pacjentów, którzy przechorowali chorobę COVID-19 nawet bezobjawowo – tłumaczy dr Janusz Zaryczański, zastępca kierownika oddziału pediatrii w Uniwersyteckim Szpitalu Klinicznym i konsultant wojewódzki w dziedzinie alergologii.

Ta choroba, podobnie jak zespół Kawasakiego, ma prawdopodobnie przyczynę autoimmunologiczną. Stąd nie obserwuje się tego zespołu w pierwszej, ostrej fazie choroby, tylko kilka tygodni później, kiedy powstaną autoprzeciwciała.

Zespół pocovidowy dotyczy starszych dzieci, 9 - 11-letnich, a nawet nastoletnich. Choroba zwykle zaczyna się bardzo gwałtownie, a stan pacjentów pogarsza się z każdą godziną. Z tego powodu tak ważne jest, aby dziecko czym prędzej trafiło pod obserwację specjalistów.

Uniwersytecki Szpital Kliniczny w Opolu to ośrodek referencyjny, do którego trafiają dzieci z PIMS z całego województwa. Od początku pandemii szpital pomógł 36 małym pacjentom.

- Poza klasycznymi objawami, które występowały też przy chorobie Kawasakiego, czyli trwającą kilka dni gorączką, zapaleniem błon śluzowych, zapaleniem spojówek i powiększeniem węzłów chłonnych, u tych dzieci po covidzie częściej obserwujemy gwałtowny przebieg choroby, w niektórych przypadkach nawet ze wstrząsem, czyli objawami zagrażającymi życiu, z dysfunkcją serca, zaburzeniami sercowo-naczyniowymi – wyjaśnia dr Zaryczański.

Dalej wylicza, że może również wystąpić niewydolność oddechowa czy uszkodzenie nerek. Dzieci te niekiedy trafiają na oddziały intensywnej terapii i wymagają wspomagania oddechu.

- Z tego powodu szpitale, które leczą PIMS muszą posiadać OIOM oraz kardiologa dziecięcego. Choroba jest bardzo podstępna, a jej leczenie bardzo kosztowne. W październiku ubiegłego roku mieliśmy bardzo duże nasilenie tych schorzeń. Baliśmy się, że może nawet zabraknąć immunoglobulin, ale na szczęście do tego nie doszło – wyjaśnia.

Wieloukładowy zespół zapalny leczony jest na różne sposoby, w zależności od stanu małego pacjenta. Stosuje się m. in. wlewy immunoglobulin, leki przeciwkrzepliwe. Czasem występuje też konieczność wspomagania oddechu czy czynności nerek i podawania leków nasercowych. To wielospecjalistyczne leczenie, które trwa od kilku dni do nawet miesiąca.

- Na dziś lekarze wciąż nie wiedzą, jakie konsekwencje na przyszłość niesie za sobą zespół pocovidowy u dzieci. Z tego powodu tak ważne jest, aby rodzice odważniej decydowali się zaszczepić swoje pociechy – dodaje dr Janusz Zaryczański.

Policja i sanepid wzmagają kontrole

Wideo

Materiał oryginalny: Opolskie. Koronawirus nie zna wieku i atakuje również dzieci. Odpowiedzialność spoczywa na rodzicach - Nowa Trybuna Opolska

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie